Spłonęli żywcem na rusztach łóżek

W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 r. wybuchł pożar w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie, wówczas w województwie bydgoskim, dziś w kujawsko-pomorskim. W tragicznym pożarze zginęło 55 pacjentów.

Bezpośrednią przyczyną pożaru, który wybuchł tuż po 23:00, była nieszczelność przewodu kominowego. Na drugim i trzecim piętrze szpitala mieszczącego się dawnym klasztorze werbistów (odebranym zakonowi w 1952 roku) mieszkało ponad 300 pacjentów. Były to osoby głównie ciężko chore psychicznie, opuszczone przez swoje rodziny.

Według opowieści świadków akcja ratunkowa była prowadzona chaotycznie. Straż pożarna nie miała odpowiedniego sprzętu. Ogień gasiła wyłącznie wodą, której czasami brakowało. Lekarz pogotowia Janusz Janczewski wspominał, że gdy prosił o asekurację przed wejściem do płonących pomieszczeń, okazało się, że strażacy nie mają żadnej liny asekuracyjnej. Akcję ratowniczą utrudniał stan pacjentów, którzy nie chcieli opuszczać szpitala, na widok strażaków, obcych ludzi, wpadali w panikę. Niewiele pomogło zakładanie białych fartuchów przez usiłujących ich ratować druhów. Wielu pacjentów, w panice, uciekało w głąb budynku, chowało się w salach, pod łóżkami. Najtrudniejsi pacjenci, przypięci na noc do swoich łóżek, spłonęli na nich żywcem, niczym na ruszcie. W akcji ratunkowej uczestniczyły także pielęgniarki, salowe i lekarze. Zebrał się też całkiem spory tłum gapiów. Nie po to by kogolwiek ratować - żeby popatrzeć, z ciekawości. 

Na miejsce pożaru przyjechali żołnierze z jednostek w Chełmnie, Świeciu, Grudziądzu i Bydgoszczy. Ich zadaniem było wyniesienie zwęglonych zwłok z budynku i zabezpieczenie go. W większości byli to zwykli poborowi, młodzi mężczyźni. Kosztem straszliwych nerwów, płaczu, wymiotów z obrzydzenia, wykonali zadanie. 1 listopada na miejsce tragedii przybyli wicepremier Henryk Kisiel oraz wiceminister zdrowia Tadeusz Szelachowski. W stan oskarżenia postawiono dyrekcję szpitala, jednak sprawa została umorzona na mocy amnestii z 1984 roku.

 

Bilans tej straszliwej tragedii to 55 ofiar śmiertelnych i 26 osób ciężko poparzonych. 46 ofiar pochowano w masowej mogile na cmentarzu szpitalnym w Świeciu. Tożsamość 9 ofiar władze zataiły. Według relacji dawnego personelu na terenie szpitala znajdowały się osoby, które w ogóle nie powinny się tam znajdować, niedostowane społecznie, wrogie władzy, uznane niebezpieczne dla systemu, problematyczne, takie, z którymi nie wiedziano co zrobić - choćby milicjant, który zabił żonę. Gdyby trafił do więzienia, osadzeni zabiliby go, a odpowiedzialność za zbrodnię jakąś ponieść musiał. Można również zaryzykować tezę, że wśród tych 9 osób mogli być członkowie rodzin komunistycznej wierchuszki czy to lokalnej czy państwowej, upośledzeni, niepełnosprawni, tacy, za których rodzina musiałaby się wstydzić - podkreślmy to mocno: oddawanie do szpitali psychiatrycznych lub zakładów opieki niepełnosprawnych członków rodziny było stosowane dość szeroko wśród bogatszych rodzin przed wojną i po niej - we wszystkich społeczeństwach. Mogło być i tak w tym konkretnym przypadku.     

- Ciężkim sprzętem kopano ten grób, co jest zrozumiałe w zasadzie, ale wrażenie jest okropne - wspominał dr Janczewski. Przez kolejnych 30 lat był to grób anonimowy.Tak zdecydował ówczesny świecki sekretarz partii. Władza PRL nie chciała pamiętać o wypchniętych na margines.  Dopiero w 2010 roku umieszczono na nim tablicę z nazwiskami spoczywających w nim ludzi.

"Każdy, kto zna warunki, w jakich pracuje większość szpitali psychiatrycznych w Polsce, może dziwić się, że tragedia nie pochłonęła więcej ofiar" – tak zaraz po pożarze pisało środowisko polskich psychiatrów do Komisji Zdrowia i Kultury Fizycznej Sejmu PRL.

Szpital w Górnej Grupie był filią świeckiego szpitala. Po pożarze nigdy już nie wznowił działalności i popadał w ruinę. Po 1989 r. ruiny odzyskało zgromadzenie werbistów. Zakon podniósł ze zgliszcz dawny klasztor i otworzył w budynku Dom Misyjny Świętego Józefa z oddziałem dla zakonników w podeszłym wieku, głównie misjonarzy.

Ten tragiczny pożar stał się inspiracją do powstania pieśni Przemysława Gintrowskiego do słów Jacka Kaczmarskiego "A my nie chcemy uciekać stąd". Najbardziej przejmujące wykonanie tego utworu odnajdziemy w filmie "Ostatni dzwonek" w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz, gdzie śpiewa ją Jacek Wójcicki. Utwór szybko stał się metaforą opresyjnego systemu PRL.

Lista ofiar: 

 

  1. Edwin Belt
  2. Bogdan Berent
  3. Adolf Błażejewski
  4. Ireneusz Brzykcy
  5. Roman Cieślicki
  6. Władysław Gierszewski
  7. Józef Gołębiewski
  8. Ryszard Gołębiewski
  9. Kazimierz Górajewski
  10. Henryk Groblewski
  11. Henryk Jabłoński
  12. Andrzej Janowski
  13. Grzegorz Jaskulski
  14. Stanisław Jurkowski
  15. Kazimierz Kałduński
  16. Jan Kasprzykowski
  17. Wiesław Kociuga
  18. Zygmunt Kondracki
  19. Stanisław Kotwicki
  20. Bogdan Krzyżanowski
  21. Jan Lemieszek
  22. Kazimierz Lugiewicz
  23. Stanisław Maciejewski
  24. Władysław Małecki
  25. Stanisław Marks
  26. Edmund Marulewski
  27. Andrzej Motyka
  28. Kazimierz Olejniczak
  29. Stefan Paczkowski
  30. Jan Przeperski
  31. Stanisław Romanowski
  32. Wiesław Romanowski
  33. Brunon Sawicki
  34. Stanisław Siwiński
  35. Jan Skrzeszewski
  36. Jerzy Sobczyk
  37. Zygmunt Styborski
  38. Mieczysław Sztaf
  39. Kazimierz Tomaszewski
  40. Paweł Wielgorz
  41. Jan Wiliczek
  42. Szczepan Zakrzewski
  43. Zygmunt Zakrzewski
  44. Mieczysław Zaremba
  45. Józef Żurawski
  46. Adam Woźniak

47-55. Nie ujawniono nazwisk 9 ofiar

oprac. Karolina Łucha Białke

foto/domena publiczna

Chcesz być na bieząco z informacjami ze świata historii? Jesteśmy na facebooku polnocnej.tv. Szukaj nas na Twitterze oraz wyślij nam maila. 

Tagi: